Położnik tłumaczy się z nieobecności na dyżurze

Położnik tłumaczy się z nieobecności na dyżurze

Andrzej Barszczewski wyjaśnia, że nie było go na dyżurze w momencie, gdy pacjentka potrzebowała konsultacji, bo pojechał do domu po leki

MIĘDZYRZEC PODLASKI Zawrzało po naszej ubiegłotygodniowej publikacji na temat lekarza, który samowolnie opuścił dyżur w szpitalu. Na izbę przyjęć zgłosiła się 19-latka w ciąży, która wymagała pilnej konsultacji. Zanim odnalazł się ginekolog, pacjentka była już w drodze do bialskiego szpitala, gdzie niebawem urodziła. Lekarz tłumaczy swoją nieobecność na dyżurze... gorszym samopoczuciem.

Przed tygodniem, gdy przygotowywaliśmy artykuł, lekarz ginekolog Andrzej Barszczewski, pracujący w międzyrzeckim szpitalu od 32 lat, nie chciał wypowiadać się na temat tej sprawy. Jednak w piątek 5 kwietnia zaprosił lokalne media na konferencję prasową, podczas której odczytał oświadczenie, w którym tłumaczył się ze swojej nieobecności na dyżurze.

Incydent miał miejsce w czwartek 28 marca po godzinie 17. Pełniąc dyżur na oddziale ginekologiczno-położniczym, Barszczewski miał zauważyć u siebie niepokojące objawy. – Od wielu lat jestem chory na złośliwe nadciśnienie tętnicze, spowodowane gruczolakami nadnerczy, cukrzycę i inne drobniejsze choroby. A nie miałem przy sobie tego dnia leków, które biorę w dużych ilościach. Zmuszony byłem pojechać po nie niestety do domu – tłumaczył Barszczewski.

Na oddziale pod opieką ginekologa i dwóch położnych było tego dnia dziesięć pacjentek. – Panował spokój. Powiedziałem pani położnej, że na chwilę wyjadę do domu, bo źle się czuję, wezmę leki i za chwilę wrócę. Powiedziałem, że gdyby coś się działo, to proszę dzwonić na komórkę, ja mieszkam na Zarówiu, 300 metrów od szpitala, szybko przyjadę. Nie powiadomiłem o tym lekarza pełniącego tego dnia dyżur na izbie przyjęć, chociaż jest taka zasada. Przyznaję się, że taka sytuacja nie powinna mieć miejsca. Przepraszam za to pacjentki, współpracowników i jest mi z tego powodu przykro, że ten incydent zaszkodził wizerunkowi szpitala i oddziału – mówi lekarz.

Pewnie o samowolnym zejściu z dyżuru nikt by się nie dowiedział, poza wtajemniczonymi. Ale lekarz miał pecha, bo akurat w tym czasie zjawiła się pacjentka, która wymagała konsultacji. – Przebywając w domu, o godz. 17.13 otrzymałem od pani położnej telefon, że będzie pilna konsultacja pacjentki z krwawieniem z izby przyjęć. O 17.15 przyjechałem na oddział i pytam pani położnej, gdzie ta konsultacja. Nie było pacjentki. Zadzwoniłem na izbę przyjęć, ale cały czas numer był zajęty, więc poszedłem sprawdzić, co tam się dzieje. Szedłem przez plac szpitalny i słyszałem, jak z drugiej strony za budynkiem przejeżdża karetka. Myślałem, że coś złego się dzieje i że to do nas jedzie karetka z pogotowia. Na izbie przyjęć dowiedziałem się, że pan doktor konsultant z chirurgii zdecydował o transporcie pacjentki do szpitala do Białej Podlaskiej – relacjonuje Barszczewski.

Więcej w papierowym i cyfrowym wydaniu tygodnika "Podlasiak" nr 15 od 9 kwietnia

Monika Pawluk

Dodaj komentarz

Komentarze

    Brak komentarzy

Zobacz także: