Jak na Podlasiu rozprawiano się z koniokradami

Jak na Podlasiu rozprawiano się z koniokradami

W latach 30. dobry koń roboczy kosztował od 300 do 400 zł. To ponad trzy ówczesne robotnicze pensje. Utrata konia stanowiła poważny uszczerbek w majątku wiejskiej rodziny, a często oznaczała zagrożenie nędzą

HISTORIA Osaczyli go na polu. Było ich czterech, więc nie miał szans. Już pierwsze smagnięcie wierzbową witką rozorało mu skórę do krwi. Potem posypały się kolejne uderzenia. Bili go do utraty przytomności. Na chłoście nie poprzestali...

Prawo zawodzi. Policja i sądy działają opieszale. W takiej sytuacji ludzie niekiedy sami wymierzają sprawiedliwość przestępcom. Do samosądów dochodzi i w dzisiejszych czasach, na szczęście znacznie rzadziej niż 100-150 lat temu. Wtedy lincze nad złodziejami były nieomal na porządku dziennym i często kończyły się krwawymi jatkami...

Dochodziło do scen dantejskich

W XIX i w pierwszej połowie XX wieku złodziejstwo było istną plagą na wsiach. Złodzieje kradli wszystko co przedstawiało wartość: gotówkę, narzędzia rolnicze i gospodarskie, odzież, słoninę i inne wiktuały, a nawet kłębki wełny. Przede wszystkim jednak inwentarz żywy: konie, krowy, świnie, drób. W razie wpadki zarzynali zwierzęta, a mięso porcjowali. W ten sposób pozbywali się dowodów popełnionych przestępstw. Niekiedy złodziejom po cichu sprzyjali skorumpowani lokalni policjanci, z którymi w zamian za bezkarność musieli się dzielić łupami z kradzieży.

Całkiem bezkarni jednak nie byli. Jeśli mieli pecha i wpadali w ręce okradzionych włościan, nader często przypieczętowywali swój los. Mogli mówić o szczęściu, jeśli wychodzili żywi. Aresztowany w 1924 r. groźny bandyta i notoryczny złodziej, Adam Sobiszcz-Klatka (działający m.in. na Podlasiu), podziękował policji, że potraktowała go po ludzku. – Dobrze, że nie złapali mnie chłopi. Chłopi biją bandytę jak zwierzę dzikie – powiedział z rozbrajającą szczerością.

Wiejskie samosądy odbywały się według pewnego wzorca. Poprzedzało je śledztwo. Nie wystarczyło podejrzenie o kradzież. Potrzebne były dowody. Chodziło o to, żeby nie skrzywdzić osoby niewinnej. Kiedy jednak uzyskiwano pewność, miłosierdzie się kończyło. Pierwszeństwo w biciu złodziei mieli pokrzywdzeni. Podczas „wymierzania sprawiedliwości” dochodziło do scen dantejskich. „Pastwiono się nawet nad trupami, o czem świadczyły połamane kości i pośmiertne obrażenia ciała; znalezione ze skradzionych zwierząt mięso wpychano do ust trupa”. (Antoni Napiórkowski, „Przyczyny nadmiernych kradzieży i bandytyzmu w Królestwie Polskiem”, Lublin 1916).

Czy tu dają kartki na lincz?

Tam, gdzie plaga kradzieży była szczególnie nasilona, mieszkańcy wsi w celu samoobrony przed złodziejami tworzyli coś, co dziś nazwalibyśmy strażą obywatelską. Członkowie nieformalnej wiejskiej milicji patrolowali miejscowość, śledzili wytypowanych podejrzanych i wykonywali szereg innych czynności, którymi powinna zajmować się z obowiązku policja.

Co ciekawe, przez wiele dziesięcioleci panowało przekonanie, że samosądy nad złodziejami są prawnie dozwolone. Wystarczy tylko mieć pisemną zgodę „władzy”. W innym fragmencie cytowanej wcześniej publikacji Antoni Napiórkowski (międzywojenny publicysta, polityk i postępowy działacz społeczny) opisuje zdarzenie, do jakiego doszło za czasów zaboru rosyjskiego w jednym ze starostw powiatowych na terenie Guberni Lubelskiej. Pewien włościanin dopraszał się u naczelnika żandarmów wydania... kartki na bicie złodziei. A gdy urzędnik zbaraniał ze zdumienia, chłop wyjaśnił mu, że po wsiach rozeszła się wieść, jakoby car Rosji wydał dekret zezwalający na rozprawianie się z koniokradami i wszelkiej innej maści złoczyńcami wedle własnego uznania. Trzeba mieć tylko pisemne zezwolenie z powiatu...

To była oczywiście bzdura, car nigdy niczego podobnego nie podpisał. Jednak dla władzy lincze były wygodnym rozwiązaniem. Samozwańczy mściciele odciążali policję i sądy, a w przypadku pobicia złodzieja na śmierć, państwo nie musiało ponosić kosztów przetrzymywania go w więzieniu. O cichej akceptacji samosądów zarówno przez zaborców, jak i później przez władze II RP świadczyły niskie, wręcz symboliczne kary wymierzane sprawcom okrutnych linczów. Za przykład może posłużyć historia, która wydarzyła się w 1931 r. we wsi Kosze w powiecie Biała Podlaska.

Do trzech razy sztuka

Miejscowości tej nie ma dziś na mapie. Najprawdopodobniej zniknęła po II wojnie światowej lub zmieniła nazwę – trudno więc powiedzieć o niej coś bliższego. Wiadomo, że na początku lat 30. ubiegłego wieku w Koszach mieszkali czterej bracia Stasiukowie. Prowadzili wspólnie gospodarstwo rolne. Nie byli za bogaci. Mieli kawałek ziemi, parę sztuk bydła, drób i konia.

W czasach, kiedy samochodem woził się tylko dziedzic, podstawowym środkiem transportu na wsi był koń. Nie tylko ciągnął wóz, którym jeździło się na targ lub do pobliskiego miasta, lecz służył także do prac w gospodarstwie. W latach 30. dobry koń roboczy kosztował od 300 do 400 zł. To były ponad trzy ówczesne robotnicze pensje. Utrata konia stanowiła poważny uszczerbek w majątku wiejskiej rodziny, a często oznaczała zagrożenie nędzą, gdyż pozbawiała rolnika możliwości wykonywania wielu prac. Konie często padały łupem złodziei. Z koniokradami rozprawiano się na wsi w sposób szczególnie bezwzględny.

W Koszach konie zaczęły ginąć mniej więcej od roku 1929. Nie można było temu zaradzić. Nie pomagało patrolowanie wsi przez mieszkańców ani zamykanie na noc stajni i obejść. Złodzieje musieli być bardzo przebiegli; przychodzili jak zjawy, kradli i ulatniali się niczym kamfora. Potem przez jakiś czas był spokój. Do następnej wizyty koniokradów... Policja wiedziała o wszystkim, ale rozkładała ręce, tłumacząc się brakiem czasu i środków.

Aż wreszcie wieś ustaliła podejrzanych. Bułana klacz sołtysa zniknęła tego samego dnia, w którym przez Kosze przejeżdżał tabor Cyganów. Ludzie uznali, że to nie mógł być przypadek. Postanowili dopaść złodziei. Od kradzieży upłynęło zaledwie kilka godzin, istniała więc szansa dogonienia wozów cygańskich i odebrania konia. Chłopi osaczyli tabor, który nie dojechał jeszcze do granic powiatu. Zagroziwszy Cyganom pobiciem, zażądali wydania skradzionej sołtysowi klaczy.

– Ale my niczego wam nie ukradliśmy. Jesteśmy niewinni – zapewnił przywódca taboru. Pokazał im wszystkie konie, jakie mieli. Tego, który zginął sołtysowi, nie było. Ludzie podejrzewali, że klacz została gdzieś ukryta, musieli jednak dać za wygraną. Teoretycznie koń mógł sam uciec...

Rok później na wiosnę ta sama grupa Romów znowu zawitała do Koszów. I znów, gdy przebywali we wsi, zniknął koń. Tym razem siwek miejscowego proboszcza. W tym przypadku nikt nie miał cienia wątpliwości, że zwierzę zostało skradzione przez Cyganów. To było w biały dzień. Kilka osób widziało złodziei zabierających zwierzę z paśnika. Podobnie jak przed rokiem, u Cyganów nie znaleziono skradzionego konia.

Mówi się, że do trzech razy sztuka. I coś w tym musi być. Kilka miesięcy później miała miejsce kolejna kradzież. Tym razem na szkodę braci Stasiuków. Tak jak poprzednio, łączyła się z przejazdem taboru cygańskiego przez wieś.

Teraz dokładniej niż do tej pory oglądano konie Cyganów. Uwagę zwrócił kary, który poza umaszczeniem był łudząco podobny do skradzionego kasztana. Tknięty nagłą myślą jeden z braci Stasiuków przeciągnął dłonią po zadzie konia. Na palcach mężczyzny została czarna farba. Wszystko było już jasne! Franty uczernili kasztana, żeby nikt z miejscowych go nie poznał – ot i cała tajemnica. Że też wcześniej nie przyszło im to do głowy...

Niczym Azja Tuhajbejowicz

Wystraszeni Cyganie zorientowawszy się, że chłopi odkryli ich sztuczkę, zaczęli uciekać. Zostawili towarzysza, przy którym znaleziono przemalowanego konia. Zdecydowali się go poświecić, żeby ratować własną skórę.

Pechowy złodziej również próbował umknąć. Pobiegł w pole. Nie miał jednak szans. Zgubiła go nieznajomość terenu. Bracia Stasiukowie dopadli Cygana po kilkuset metrach. Przewrócili go na ziemię i zaczęli okładać przygotowanymi w tym celu wierzbowymi witkami. Tłukli go z ogromną siłą po całym ciele. Tryskała krew, Cygan wył i prosił o litość. Obiecywał, że zapłaci im złotem, jeśli tylko go puszczą. Stasiukowie pozostali głusi na błagania. Chłostali go dopóki nie stracił przytomności. Trwało to co najmniej pół godziny. Z twarzy Cygana pozostała bezkształtna miazga. Oprawcy nie mieli jednak dość. Czuli do koniokrada wielką złość i postanowili ukarać go jeszcze dotkliwiej.

Przypomnijmy – był rok 1931. Po drogach jeździły samochody, ludzie słuchali radia i korzystali z telefonów. Trzy lata wcześniej przeprowadzono z Londynu do Nowego Jorku pierwszą transmisję telewizyjną. Einstein rozwijał teorię mechaniki kwantowej. Jednak to, co Stasiukowie zrobili domniemanemu złodziejowi konia, przywodziło na myśl mroczne czasy średniowiecza...

Jeden z braci przydźwigał gruby koł (po staropolsku – gruby kij). Zaostrzyli go i nabili na pal nieprzytomnego Cygana. Nieszczęśnik konał niczym Azja Tuhajbejowicz z „Pana Wołodyjowskiego” Henryka Sienkiewicza. Nie wiadomo, jak długo trwała jego agonia. Być może już po skatowaniu rózgami mężczyzna znajdował się na granicy życia i śmierci. Lekarz, przybyły wraz z policją, którą w końcu ktoś powiadomił o zdarzeniu, nie mógł już mu pomóc. Przyczyną zgonu były głębokie rany narządów wewnętrznych, które zostały rozerwane ostro zakończonym drewnianym kołem.

W wyniku dochodzenia bracia Stasiukowie stanęli przed Sądem Okręgowym w Lublinie pod zarzutem zabójstwa. Oskarżeni przyznali się do winy. Tłumaczyli swój czyn wzburzeniem, jakie spowodowała u nich utrata konia, który był ich jedynym dobytkiem, i bezradność policji w tropieniu złodziei. Sąd do pewnego stopnia przyjął ten argument, a także biorąc pod uwagę ciemnotę oskarżonych, skazał każdego z nich na karę 1 roku więzienia.

„Sąd drugiej instancji wyrok ten potwierdził. Sprawa ta znalazła się obecnie w Sądzie Najwyższym, do którego wnieśli skargę obrońcy skazanych. Sąd najwyższy nie znalazł podstaw do uchylenia wyroku i skargę kasacyjną oddalił”. (Gazeta Szamotulska, 1931, nr 96).

Każdy pijak to złodziej?

Ofiarami okrutnych samosądów padali nie tylko amatorzy cudzej własności. W 1913 r. w Międzyrzecu Podlaskim zlinczowano... alkoholika. Zakatowany na śmierć Grzegorz Capa miał w miasteczku fatalną opinię. Często po pijanemu wdawał się w awantury, wielu osobom dał się we znaki. Nic jednak nie wiadomo, żeby kiedykolwiek dopuścił się choćby drobnej kradzieży. Chyba, że sprawcy samosądu wyszli z założenia, że każdy pijak to złodziej...

19 lutego 1913 r. grupa osób osaczyła go w jakimś zaułku. Posypały się uderzenia. Po prawie godzinnym biciu Capa wyzionął ducha. Za zabójstwo odpowiadało przed Sądem Okręgowym w Siedlcach pięciu mężczyzn i dwie kobiety. Wyroki w pierwszej instancji były surowe: oskarżeni zostali skazani na kary po 8 lat ciężkich robót i osiedlenie się na Syberii.

Jednak sąd wyższej instancji, powołując się na opinię lekarzy-ekspertów, profesorów medycyny Trockiego i Tarnuchuina oraz dr. Rozenblata, uznał, że do śmierci Capy przyczyniły się zarówno pobicie, jak i fakt, że na skutek nadużywania przez niego trunków, miał on osłabiony organizm. W związku z tym oskarżonych skazano na kary po 1 roku pozbawienia wolności, zaliczając im na poczet kary kilkumiesięczny pobyt w więzieniu prewencyjnym (ówczesnym areszcie śledczym).

Jak napisaliśmy na wstępie, samosądy z tak tragicznym skutkiem należą dziś do rzadkości. I bardzo dobrze, bo na złodziei, z którymi nie radzi sobie policja, są bezpieczniejsze i – podobno – skuteczniejsze metody niż średniowieczne tortury. Niedawno media donosiły o mężczyźnie, który przyłapanym na gorącym uczynku dwóm złodziejaszkom zrobił zdjęcia i opublikował je w internecie. Po aparat fotograficzny sięgają także właściciele sklepów, gdzie często dochodzi do kradzieży.

Mariusz Gadomski

Dodaj komentarz

Komentarze

    Brak komentarzy