Dziecko szczęścia z głuszy

Dziecko szczęścia z głuszy

Gróźb miałem wiele, a ponieważ poważnie je traktowałem, zgłaszałem wnioski do prokuratury – mówi Michał Fajbusiewicz

Z Michałem Fajbusiewiczem, bohaterem i współautorem książki „Fajbus. 997 przypadków z życia”, rozmawia Istvan Grabowski.

Jak doszło do powstania niezwykłego wywiadu-rzeki, sumującego pańskie bogate życie?  Książkę czyta się jednym tchem, a recenzenci nie skąpią jej życzliwych ocen.

- Namówiła mnie do tego Jola Gwardys, koleżanka, z którą robiłem kiedyś programy telewizyjne. Uznała, że opowiadam wiele anegdot z życia i niektórymi choćby warto by się podzielić z czytelnikiem. Znalazła się dziennikarka Magda Omilianowicz gotowa podjąć się tego zadania. Wspólnie wysmażyliśmy dosyć długi wywiad. Opinię, na ile ciekawy pozostawiam innym.

Nazywają pana dzieckiem szczęścia i człowiekiem-orkiestrą z powodu licznych zawodów, jakie dane było panu wykonywać. Który z nich jest panu najbliższy?

- To oczywiste. Od czterdziestu lat jestem dziennikarzem i reżyserem telewizyjnym. Natomiast inne zawody, wykonywane niejako po drodze, pozwoliły mi zdobyć doświadczenie i bliższe poznanie różnych środowisk, jakże przydatne w uprawianiu dziennikarstwa.

Jeśli o tym zawodzie mowa, chciałbym wiedzieć, z czego pan jest dumny?

- Trudno nie być dumny z czegoś, co stało się ikoną telewizji. Myślę o programie 997.  Oglądała go cała Polska. Wykonywałem też inne ciekawe zadania, o których mało kto pamięta. Za najcenniejszy w swym dorobku uważam film dokumentalny o profesorze Janie Karskim, legendarnym kurierze z Warszawy i bohaterze XX wieku. Zrobiłem go dla TVP1 jako jedyny dziennikarz za życia Karskiego.

Wspomniał pan o fascynującym programie telewizyjnym 997, dzięki któremu zaistniał pan w świadomości milionów widzów. Zmienił on zasadniczo spojrzenie rodaków na zbrodnię. Cieszył się ogromnym powodzeniem, a jednak zniknął z anteny. Dlaczego tak się stało?

- O zdjęciu go z anteny zadecydowały polityka i pieniądze. Paru kolesiów postanowiło dać zarobić swoim znajomym. Trzeba było im zapewnić w ramówce telewizyjnej własne programy, a doba ma tylko 24 godziny. Przy podejmowaniu ważkich decyzji programowych najłatwiej usuwa się człowieka z prowincji, który nie upomni się o swoje. Nigdy nie pracowałem w Warszawie i miałem ograniczone możliwości pilnowania swoich interesów. Program miał bardzo dobrą oglądalność, więc nie podejrzewałem, że ktoś zechce go zdjąć z anteny. A jednak tak się stało.

Czy to prawda, że z powodu tego programu wielokrotnie panu grożono?

- Dotykałem spraw niewygodnych dla świata przestępczego, więc trudno się dziwić takiej reakcji. Gróźb miałem wiele, a ponieważ poważnie je traktowałem, zgłaszałem wnioski do prokuratury. Te zabierały się do roboty, co skutkowało aktem oskarżenia, a nawet wyrokami. Jeden z ludzi, którego mocno się obawiałem, do dziś odpoczywa za kratami.

Podobno potrafi się pan odnaleźć w każdym środowisku. Z kim najłatwiej znajduje pan wspólny język?

- Mieszkam teraz na wsi i mimo różnych poziomów, także intelektualnych, nie mam problemu z nawiązaniem bliższych znajomości ani utrzymywania zażyłych kontaktów z sąsiadami. Czasami dzielą nas poglądy polityczne i muszę stosować rozmaite wybiegi, by nie nastąpić rozmówcy na niewidzialny odcisk. Z natury jestem brat-łata i łatwo zaprzyjaźniam się z ludźmi. Czasami tego żałuję. Nie lubię jednak ludzi nader ostrożnych, hermetycznie zamkniętych. Nie umiem do nich trafić.

Mało kto wie, że odwiedził pan 150 krajów. Co sprzyjało tak licznym podróżom?

- Zawsze byłem ciekawy świata, ale sprzyjającym argumentem stało się otwarcie, na przełomie wieków, możliwości telewizyjnych. Wykonując pasjonujący mnie zawód, mogłem bez problemu jeździć po świecie i pokazywać go rodakom. Dzięki różnym konfiguracjom sponsorskim mogłem odwiedzać ciekawe zakątki Afryki, Azji, a nawet Ameryki Południowej. W drugim programie TVP miałem stały cykl „Z Dwójką dookoła świata”. Z czasem wyjazdy służbowe przerodziły się w prywatną pasję. Spodobały mi się nie tylko dalekie podróże. Przez dwa lata robiłem cykliczne programy o modzie. Reżyserowałem też programy kabaretowe, dzięki którym poznałem rzeszę arcyciekawych postaci. Podróże, kabaret i moda miały być ucieczką od tragedii i nieszczęść, jakimi musiałem zajmować się na co dzień. Dzięki nim mogłem odzyskać równowagę. Teraz kilka razy w roku wybieram się w dalekie podróże z nadzieją, że może poznam coś, co mnie zaskoczy.

Z każdej wyprawy przywozi się cenne doświadczenia. Dokąd nie chciałby pan więcej pojechać?

- Dwukrotnie byłem w Amazonii i nie chciałbym tam wrócić nigdy więcej. Jest to koszmarna do przeżycia kraina. W owianej legendą Amazonii można przeżyć dzień lub dwa. Ja byłem tam po trzy tygodnie i zapamiętałem to miejsce z najgorszej strony. Gdybym był mocno wierzący, to modliłbym się do Boga o możliwie najszybsze skrócenie tej męki. Niestety, wydobyć się stamtąd było szalenie trudno. Spodobała mi się natomiast Patagonia, która w ocenie kolegów podróżników jest wyjątkowo nudna.

Uchodzi pan za znawcę dobrej kuchni. Jakie potrawy pan preferuje?

- Głównie polskie. Wczoraj kupiłem dwie pyszne golonki, które dziś będę degustował.

Czy smakosz pyszności potrafi też gotować?

- Niestety, nie umiem. Mam mnóstwo ukochanych dań, ale ich sam nie przyrządzam. Brakuje mi tych zdolności.

Proszę powiedzieć, co człowiekowi z takimi doświadczeniami może sprawiać przyjemność.

- Ciężko odpowiedzieć, bo nigdy świadomie nie szukałem przyjemności. Moim życiem zawsze kierował przypadek. Liczę po cichu, że przypadki mnie jeszcze zaskoczą i zapewnią przyjemność. Cieszy mnie szalenie fakt, że po latach wyniosłem się z miasta i zamieszkałem na Pojezierzu Drawskim. Mieszkam teraz w dzikiej głuszy i czasami tydzień nie oglądam ludzi, co ma swoje plusy i minusy. Generalnie jestem szczęśliwy.

Dodaj komentarz

Komentarze

    Brak komentarzy

Zobacz także: